Croatia 2018 part 2

DSC02547
-A chcecie coś posłuchać?
-Dawaj!
„This ain’t a song for the broken-hearted”
-Ja pierdole….
Wróciliśmy już jakiś czas temu. Niestety jak to zawsze, albo czasu było mało, albo nie było go wcale. To już się robi nudne. Ten brak czasu oczywiście. Muszę popatrzeć na ebay, może sprzedaje ktoś czas na wagę, dokupiłbym sobie trochę.
Wracając do tematu, wróciliśmy. Podczas tych dwóch tygodni zrobiliśmy w sumie 7000 kilometrów. Cztery tysiące poszło na samą Chorwację. Działo się, widziało się, wypiło się. Teraz po kolei.
Wyjechaliśmy w poniedziałek rano z Goczałkowic wynajętym Fiatem Scudo. Trasa prowadziła przez Słowację oraz Węgry. Nie najszybsza, ale napewno najkorzystniejsza opcja. Po około 16 godzinach, około 23 dojechaliśmy na miejsce. Jeszcze tego samego wieczora/nocy doczłapaliśmy się skrajnie zmęczeni do najbliższej restauracji. Cevapcici po raz pierwszy. Mi osobiście właśnie wtedy smakowało najlepiej. Kolacja nad morzem, Ozujsko do przepicia. Wspaniały początek.
Następny dzień to smazing i lezing, a wieczorem pilkarskie emocje. Po meczu spacer po plaży.
Środa to znów typowy plażing, smażing. A co, na wakacjach jestem!? Trza się troche opalić przecież. Człowiek ze wsi wyjdzie, wieś z człowieka nigdy:)
Czwartek wybraliśmy się na Rejs, na wyspę Brać. Największą atrakcją wyspy jest jeden z półwyspów – plaża Boll, zwana także najpiękniejszą plażą adriatyku. Podczas rejsu ugoszczono nas grillowaną makrelą, chorwackim samogonem oraz winem, które zaczynało smakować dopiero od połowy butelki. Tak jakby na wierzch nalali jakiegoś niedobrego:)
Piątek stał pod znakiem deszczu i wiatru. Było także dużo chłodniej niż dotychczas. Pojechaliśmu do oddalonego o 10 km Splitu. Zwiedziliśmy poczodzące jeszcze z czasów Rzymskich Stare Miasto by następnie przy kolacji obejrzeć jedno ze spotkań Mundialu. Na żadne disko nie starczyło sił. Toż to w Ciechocinku lepiej imprezują!
Sobota. Pobudka o 6 rano. „Toż to we Wronkach mnie tak wcześnie nie budzili”. Wyjazd na Jeziora Plitwickie. Moim zdaniem „must see” w Chorwacji. Dużo zimniej, tłumy azjatów, długie kolejki i poszukiwanie tego „idealnego ujęcia”. Czy mi się to tam udało, ocenicie przeglądając galerię.
Niedziela. Pobudka znów o świcie. Wyjazd na rafting. „You have to pedal like animals!” albo „Bomba!” Te dwa zdania opisują niedzielny wyjazd na spływ pontonem. Było ok, ale poziom trudności oraz sternik mógłby być lepszy. Nie bez powodu ta oferta była najtańsza. Najbardziej podobała mi się przyroda oraz sama dolina, a raczej kanion rzeki. Po za tym można było pokonać słabości skacząc z wysokiej skały, oraz popływać w krystalicznie czystej, a także lodowato zimnej wodzie. Po powrocie znów piłkarskie nadzieje, rozczarowanie i żal.
Poniedziałek. Pobudka jak i poprzednio o świcie. Wyjazd do Bośni i Hercegowicy. Cel: Miedziugorje. Dla jednych miejsce typowo komercyjne, gdzie nawet na wódke nakleja się etykietke „miedziugorje”. Dla innych zaś święte miejsce objawień, gdzie Maryję, Bożą Matkę można niejako spotkać osobiście, porozmiawiać. Dla każdego miejsce to znaczy coś innego, każdy widzi i odbiera to w unikalny dla siebie sposób. Obiad i ruszamy na Dubrovnik, dla fanów Gry o tron – Słoneczna Przystań. Piękne miejsce, jeszcze bardziej spopularyzowane poprzez serial. Nie jesteśmy tam długo. Droga do domu długa i kręta. Wracamy. Po drodze kupujemy u przydrożnych sprzedawców trochę lokalnych specjałów.
Wtorek to tak naprawdę pożegnanie z Chorwacją. Dzień spędzony nad morzem, ostatnia kolacja przy zachodzie słońca, ostatnie Ozujsko….
Podsumowanie: Podczas wyjazdu miejscami było bardzo intensywnie, było różnorodnie, czasem męcząco. Napewno mieliśmy za mało czasu na wypoczynek, ten bierny. Brakło jeszcze ze dwóch dni. No cóż, kiedy terminy gonią, kiedy urlop kompresuje się niczym w programie Win Zip, wygląda to jak wygłąda. Ten jakże krótki czas wykorzystaliśmy jednak optymalnie, wchłoneliśmy tyle Chorwackiego słońca, kultury oraz piwa ile to było możliwe. Zobaczyliśmy i odwiedzilismy tyle miejsc ile się tylko dało. Przy okazji byliśmy na miejscu kiedy Chorwaccy piłkarze pisali nowy rodział piłkarskiej historii, w czasie kiedy nasi kopacze kserowali historie z wyjazdu ekipy engela do japonii i korei w 2002 roku. Skład się trzyma, nie pozagryzaliśmy się jeszcze. Szkoda tylko, że i tego lata nie byliśmy w komplecie. Z optymizmem patrzę w przyszłość. Przygotowania do następnego wyjazdu uważam za rozpoczęte. Bulgaria 2025 nadchodzimy…

Like this article?

Share on facebook
Share on Facebook
Share on twitter
Share on Twitter
Share on linkedin
Share on Linkdin
Share on pinterest
Share on Pinterest

Leave a comment