Cypr 2012 – czyli w dziesięć dni dookoła wyspy

50
A było to w roku A.D. 2012…
Będąc jeszcze w odkrywczym szale i czując duży niedostyt po niezrealizowanej w 2011 roku wyprawie do Maroka, zaplanowałem wypad na Cypr. Plan zakładał, inspirując się historiami Bartka i Patryka z Paragon z Pozdróży, wynajęcie Kia Picanto i zwiedzanie wyspy z użyciem samochodu jako głównego środka transportu oraz mobilnego hotelu. Kupiłem przewodnik, następnie w biedronce najmniejszy namiot na świecie, bilety lotnicze, następnie zarezerwowałem samochód. Polecieliśmy.
Na miejscu byliśmy około 23. Ciemno jak w dupie, poszliśmy na plaże, rozbiliśmy namiot i trzymając nóż  w ręku położyliśmy się spać. Pierwsza noc była najgorsza. Jako, że były to okolice lotniska, kręciło się tam dużo ludzi. Namiot wzbudzał zainteresowanie. Było to trochę niekomfortowe. Był to pierwszy i ostatni raz kiedy rozbiliśmy namiot.
Rano powitał nas śliczny wschód słońca. O 10 odebraliśmy samochód. Szaro-metaliczna Kia Picanto, motor 1.0 oraz niezliczone zastępy koni miechanicznych gwarantowały komfortową jazdę. Do tego kierownica po prawej stronie i lewostronny ruch drogowy. Jakby mi kto protezą kazał prowadzić. Ruszyliśmy wzdłóż wybrzeża.
Drugą noc spędziliśmy gdzieś na plaży na skale. Nie pamiętam dokładnie gdzie, chyba gdzieś w okolicy skały Afrodyty, między Pafos a Limassol. Było romantycznie i bardzo, bardzo gorąco:)
Następnego dnia dotarliśmy do Larnaki, gdzie mieliśmy zarezerowany nocleg w ostatnim Hostelu na wyspie. Ostatnim, bo resztę zlikwidowano. Miła rumunka, która mieszkała tam z rodziną opowiedziała nam jak to kiedyś było, kiedy na wakacjach hostel pękał w szwach, a młodzież spała nawet na podłodze. To były czasy kiedy na Cypr przyjeżdżano do pracy na wakacje. Wszystko się zmieniło. Zarobki spadły, ceny wzrosły. Praca przestała się opłacać. Sama mocno myślała o tym, żeby wyjechać. W Sierpniu 2012 roku, w szczycie sezonu turystycznego byliśmy wtedy jedynymi lokatorami. Hostel był pusty. Wieczór na promenadzie, niczym w Saint Tropez to pokaz najnowszych jachtów, samochodów oraz drogiej biżuterii. My, choć wystroiliśmy się w najlepsze ciuchy, które zmieściły nam się do 8 kilowego bagażu podręcznego, nie pasowaliśmy do nich. Nie za bardzo stać nas było wtedy by za wejście do klubu dać 20€ od głowy, nie mówiąc o tym by tam coś jeszcze zamówić. Stanęło na kilku browarach ze sklepu na molo. Jak Backpacking to Backpacking:)
Rankiem znowu w trasę. Celem była najładniejsza i najdroższa plaża na wyspie – Aya Napa. Tłumy rosyjskich turystów, silikonowe cycki na co drugim ręczniku oraz miliony rubli na czterech kułkach. My z plecaczkami i z opcją noclegu pod gwiazdami? Pasowaliśmy do tego tła tak samo jak Rollo Lothbrok do wycyckanych Franków w serialu Wikingowie. Kąpiel w morzu, wizyta na półwyspie Cape Greco i czas na spanie. W tą noc spaliśmy na plaży, na hotelowych leżaczkach. Poszliśmy do auta dopiero kiedy późną nocą ktoś te lażaczki zaczął składać. Ot taki żywot włoczykija.
Dnia następnego kierunek Nikozja. Stolica wyspy, stolica kraju, a raczej krajów. Wyspa w wyniku konfliktu grecko-tureckiego z lat 70 została podzielona. Południowa część – Republika Cypru należy do Uni Europejskiej, ta północna – Republika Północnego Cypru pozostaje uznawane tylko przez Turcję, której jest praktycznie częścią. Po południu zwiedzamy południową część miasta, linie demarkacyjną, Narodowe Muzeum Cypru by wieczorej zastanawiać się czy jedziemy na północ. Od razu wyjaśnię, że po północnej stronie nie można liczyć na oficjalną pomoc polskiego msz, obowiązuje zakaz wjazdu samochodem wynajętym na południu (w razie szkody pokrywamy wszystkie koszty, należy wykupić tylko oc po stronie tureckiej), nie obowiązuje nas ubezpieczenie EKUZ. Po krótce, jeśli coś się stanie będziemy głęboko w dupie. Mamy wielkie wątpliwości i niewiele lat na karku. Powiedzieliśmy sobie, że prawdopodobnie nigdy tu już nie wrócimy, więc jeżeli nie teraz to pewnie już nigdy. Kto nie ryzykuje ten w kozie nie siedzi. Walić ryzyko! Jedziemy! Jeszcze tego samego dnia przekroczyliśmy granicę i ruszyliśy na północ do Kyrenii.
Po nieprzespanej nocy ruszyliśmy dalej na północ, kąpaliśmy się w morzu, widzieliśmy wylęgarnie dla żółwi, trafiliśmy do koszar tureckiej armii, jedliśmy najlepszy Lahmacun ever. Noc spędziliśmy gdzieś na parkingu pod jakimś niby zajazdem. Całkiem inny klimat, inni ludzie. Człowiek nabiera powietrza tak jakoś lżej, pełniej.
Następnego dnia docieramy na półwysep Kirpaz. Przewodnik radził by ostatni odcinek obowiązkowo pokonywać samochodem terenowym z napędem na cztery koła, gdyż to typowy skalisty offroad. Przeoczyłem to i jadąc tempem 5 km na godzinę, uważając by nie urwać zawieszenia, lub by nie zawisnąć na jakimś wystającym głazie dojechaliśmy naszą puszką tuńczyka na sam koniec. Wzbudzaliśmy tym duże zainteresowanie, no ale przecież Polak potrafi. Przywitały nas tam piękne widoki oraz monument przedstawiający przyjaź turecko-turecką. Jeszcze tego samego dnia wracając docieramy z powrotem do Nikozji.  Tym razem nam się udało. Jedziemy dalej, w góry Trodos.
Rano zdobywamy najwyższy szczyt (1951 m n.p.m.), na który wjeżdżamy samochodem. Następnie ruszamy na wędrówkę, tym razem pieszo. Upał oraz susza. Widoki pomimo tego przednie. Wieczorem zjeżdżamy najbardziej krętą i niezabezpieczoną drogą jaką miałem okazję do tej pory jechać. Zjeżdżamy do Polis, na kemping. Miejsce już nie dla bogatych, bardziej dla miejscowych i podobnych nam pokręceńców. Odpoczywamy. Na drewnianej ławce, pijąc tanie winio wyryliśmy nasze wyznanie miłości. Jeśli kiedyś jeszcze tam wrócimy sprawdzę czy jeszcze jest.
Cały następny dzień spędziliśmy na plaży, opalając się, walcząć z falami. Chillout. Wieczorem wyjechaliśmy w kierunku Pafos, spaliśmy gdzieś na plaży, nie pamiętam gdzie dokładnie.
Rano dojechaliśmy do Pafos, zwiedzaliśmy miasto, którego na początku nie mieliśmy okazji. Noc spędziliśy w Hotelu.
Ostatniego dnia umyliśmy samochód w morskiej wodzie:) Nasmarowaliśmy wazeliną by nie było widać wielu rys na karoserii, za które musielibyśmy zapłacić. Oddaliśmy bez dopłaty. Wsiedliśmy do samolotu…. Koniec.
 
Podsumowanie.
Cypr jest rożny jak dwie strony tej samej monety. Niby wykuty z tego samego materiału, a jednak przedstawia coś zupełnie innego. Południe: bogate, pełne rosyjskich turystów, rozwijające się, greckie. Północ: typowo turecka, słabiej zaludniona, dziksza. Pełna naturalnego piękna, stad zdziczałych osłów i tureckiej armii. Obie części piękne, obie podobne, a przy tym bardzo różne. Południe: koncentracja interesów rosyjskich oligarchów, Północ: burdele i kasyna, czyli wszystko to co w Turcji zakazane. Sztuczny podział na wskutek politycznych decyzji przeciął wyspę niczym serce na pół, nakazując przy tym, by obie krawiące połówki nie przestawały bić…
 


.

Like this article?

Share on facebook
Share on Facebook
Share on twitter
Share on Twitter
Share on linkedin
Share on Linkdin
Share on pinterest
Share on Pinterest

Leave a comment