Czechy miejsko-kempingowo

11
Witam!
Wracam po dłuższej przerwie. Nie to, że mnie nie było cały ten czas. Byłem, ale albo nie było czasu żeby coś napisać, albo po prostu nie było o czym pisać. Tak czy siak jestem z powrotem.
Od ostatniego wpisu minęło już półtora miesiąca. Półtora miesiąca pracy pracy pracy aż do wyjazdu. Końcem lipca, tak jak było zaplanowane pojechaliśmy do Czech. Plan zakładał zwiedzanie Pragi, a następnie wypad za miasto do Czeskiego Raju pod namiot.
Wyjechaliśmy wcześnie rano zostawiając Kota po raz kolejny w tym roku z opiekunką. NA miejscu po jakiś 8 godzinach jazdy przywitał nas wypadek tramwaju z autem osobowym i niekończące się roboty drogowe zmuszające mój i tak zakręcony GPS do ciągłego „przeliczam trase”. Koniec końców dojechaliśmy do Hostelu „Opletalova” gdzie czekali na nas nasi znajomi. Tego samego dnia wyruszyliśmy jeszcze na przechadzkę po mieście. Piwo, tradycyjna czeska kuchnia, łapanie miejskich Pokemonów. Tak minęła reszta dnia. Wieczór spędziliśmy nad Wełtawą obserwując przepływające statki…
Drugi dzień to kolejna część miejskiego Trekkingu. Piwo, tradycyjna kuchnia czeska, sklep ze słodyczami, muzeum wibratorów, Most Karola, Hradczany oraz dłuuugie i wysoookie schody prowadzące na Zamek to punkty, które zrealizowaliśmy tego dnia. Sorki, była także wirtualna wycieczka czymś latającym po mieście za 9 euro;) Wieczorem chcieliśmy jeszcze gdzieś iść ale nie zostaliśmy wypuszczeni z hotelowego pokoju;p Taki panował w tym czasie klimat. Mnóstwo Azjatów oraz Murzynów w czerwonych garniturach.
Następnego dnia rano wyjazd z miasta. Kierunek Czeski Raj. Kemping Sedmihorki. Na miejscu setki albo i tysiące kempingowiczów. Tłumy a pomimo tego czysto i schludnie. Wszystko fajnie zorganizowane. Po pewnych trudnościach udało się wszystko ogarnąć by na koniec dnia zjeść śniadanie z grilla o godzinie około 18;)
Następny dzień to ulewny deszcz, nietęgie miny i przebąkiwana chęć powrotu. Jak to mówią, nadzieja umiera ostatnia. Deszcz ustał, wyszło słońce, a z nim poprawiły się i nasze nastroje. Najważniejsze przecież to i tak trzymać się razem. Pogoda i cała reszta się nie liczą. No może jeszcze fajnie jakby browara nie brakło. Po za tym wszystko inne jest nie ważne. Zostaliśmy. Chyba jeszcze tego dnia rozegraliśmy mecz i puchar wycieczki. Wynik. 3:2 dla ekipy z Deutschlandii. Ekipa Polsko-Kasztanowa, sorry, Polsko-Austriacka musiała tego dnia przełknąć gorycz porażki, choć mecz był bardzo wyrównany. Szacunek się należy… zwycięzcom;)
Następnego dnia częścią ekipy poszliśmy w góry. 5 lat studiowania turystyki, niezliczone obozy, zajęcia w terenie oraz doświadczenie zdobyte w terenie nie poszły w las. Z gór z powrotem i tak musiał prowadzić nas GPS 😉 Ten las, on chyba żyje własnym życiem;p Tam chyba żyją Enty… Ścieżki zmieniały położenie, albo byliśmy świadkami chwilowego przebiegunowania ziemi… Jakoś trzeba się było wytłumaczyć;) Po powrocie w obozie spotkaliśmy dwoje indian z plemienia Promienie Słońca.. Mam na myśli wodza „Spalony Brzuch” oraz jego Squaw „Przypalone Lica”;D Trochę szydery musi być.
Następny dzień to kolejny wypad w góry. Tym razem pełna rehabilitacja. Cel podróży: Zamek Hruba Skala osiągnięty! Drzewa nie zmieniały pozycji, i kierunki pozostały niezmienione. Telefon tak czy siak został w namiocie. Egzamin zaliczony, choć dopiero w drugim terminie. W drodze powrotnej mijaliśmy takie miejsca jak Skalne Mesto, Sahara, Marianska Wyhlidka i wiele innych. Resztę dnia spędziliśmy nad wodą gdzie po raz kolejny Drużyna z Bundestagu wygrała 3:0 z drużyną Polsko-Austriacką. Tym razem dyscypliną była siatkówka. Punkty padały głównie przez zagrywki serwisowe lub przez serwisowe zagrywki drużyny z Niemiec. Przegranym gratulujemy i życzymy powodzenia w następnych spotkaniach. Na koniec kąpiel w jeziorze podczas burzy i można było zacząć przygotowania do powrotu.
Ostatni dzień to składanie biwaku, pakowanie, pożegniania i rozjazd. Jak zwykle każdy w inną stronę. Wszystko co dobre szybko się kończy. Romantyczne uliczki Starego praskiego Miasta, czy górskie ścieżki Czeskiego Raju to wszystko warte jest przeżycia i zapamiętania, ale ma i tak drugorzędne znaczenie. Najważniejsze i tak nie są miejsca, które odwiedzamy, nie widoki którymi się cieszymy. Najważniejsi są ludzie. To oni sprawiają, że wspomnienia nie są puste, suche. To oni nadają im wartość. Nie ważne gdzie i kiedy. Ważne, że razem.
Do następnego!
 

DSC01443
Ekipa

DSC01432
Lets make a Selfie

36
Tradycyjna kuchnia czeska

DSC01455
Most Karola

DSC01448
68
Wieczór nad Wełtawą

34
Pilsner

38
DSC01497
Kociołek Panoramixa

64
Zamek Hruba Skala

3
Carlos Santana

DSC01503DSC01511DSC01533DSC01537DSC01502

Like this article?

Share on facebook
Share on Facebook
Share on twitter
Share on Twitter
Share on linkedin
Share on Linkdin
Share on pinterest
Share on Pinterest

Leave a comment