Jak to jest z tą emigracją

departure-2042513 (1)
Ze specjalną dedykacją dla rodaków rozsianych po całym świecie.
Emigracja polskiej ludności jest dziś tak powszechnym zjawiskiem jak twarz Premiera Morawieckiego na antenie TVP. Przykładów nie trzeba szukać daleko. Mama, tata, brat, kolega z podwórka. Często zdarza się, że połowa wsi wyjechała za granicę. Puste ulice, lokale, rodziny w których stale brakuje jej członków. To dziś norma.
Ludzie wędrują od zawsze. Szukając lepszego miejsca do życia, pracy, pieniędzy, wolności, akceptacji. W Polsce panuje przekonanie, że za granicą jest niebo. No może teraz w wydaniu nieco bardziej orientalnym, ale dalej niebo. To, że ktoś na krótki urlop w rodzinnych stronach przywozie trochę Euro czy Funtów oznacza, że mu się dobrze wiedzie, że jest szczęśliwy. Jak to tak naprawdę jest? Czy uśmiechając się do rodziny przez Skypa, opowiadając o tym, że wszystko dobrze, że da się odłożyć, że żyje się lepiej niż w kraju, nie uśmiechamy się trochę przez łzy? Wizja finansowego „sukcesu” skrywa skrzętnie swe ofiary. Ale może po kolei.
Za decyzją o wyjeździe stoją najczęściej te same powody. Brak pracy, lub ostatnio brak godnie opłacanej pracy; zmęczenie codzienną walką w urzędach, służbie zdrowia itd; chęć szybkiego odbicia się, dorobienia czegoś, co w kraju zajęłoby nam dużo dłużej; najzwyczajniejsza chęć godnego życia. Następuje: planowanie, pakowanie, pożegnanie, wyjazd… Na początku jest ciężko. Nasza znajomość języka, mimo dobrych ocen w szkole okazuję się totalnie bezużyteczna, dochodzą problemy z aklimatyzacją, dokucza samotność. Pierwsze prace zazwyczaj nie są zbyt dochodowe. Z czasem jednak człowiek staje na nogi, awansuje. Przylatuje na pierwszy urlop do kraju. Wielki świat na małą wioskę. Wraz z upływem czasu jest mu tam lepiej: urządza się, ściąga rodzinę, pomaga koledze przy wyjeździe. Można pomyśleć, że tam to jest dopiero życie.
Jak to mówią każde zwycięstwo wymaga dużego poświęcenia, a także ofiar. Na przykładzie sukcesu finansowego, o który na zachodzie europy trochę łatwiej, ofiarami stają się najbliżsi: rodzina i przyjaciele. Wigilie w gronie kilku pokoleniowych rodzin, tradycje i poczucie wspólnoty pozostają tylko naszym wspomnieniem, dla naszych dzieci czymś nieznanym. Spotkania z rodziną zastępują konwersacje przez internetowe komunikatory, bo przecież znowu nie dostaliśmy urlopu, znów nie miał nas kto zastąpić, a my baliśmy się w obawie o stanowisko postawić na swoim. Wraz z poprawą naszych finansów spada nasze zadowolenie z prowadzonego życia. Bo przecież ono jest tam, wśród najbliższych, nie tutaj, daleko, tak jakby za szkłem. Ciałem jesteśmy za granicą, myślami w kraju. Tak jakby w rozkroku. Im więcej myślimy o tym, żeby wrócić, tym bardziej uświadamiamy sobie ile spraw nas tutaj trzyma. Lata mijają, w ojczyźnie pogrzeby na przemian z chrzcinami. Większość naszych starych przyjaźni się rozpadła, reszta sprowadzona została do poziomu Internetu. Przychodzą myśli, czy to wszystko co mamy jest warte swojej ceny? Czy aby zamiast wygrywać swoje życie, właśnie je przegrywamy?
 
 

Like this article?

Share on facebook
Share on Facebook
Share on twitter
Share on Twitter
Share on linkedin
Share on Linkdin
Share on pinterest
Share on Pinterest

Leave a comment