Opowieść o pewnym chłopaku

do-not-give-up-2015253_1280Lata 90
Wychował się w małej wiosce gdzieś na końcu Polski. Od małego brał przykład ze starszych i mądrzejszych kolegów, starał się im dorównać, zyskać ich uznanie i akceptację. Wcześnie wszedł w dorosłe życie, choć jego mama wolałaby raczej, by jeszcze przez kilka lat pozostał dzieckiem. Jako nastolatek dokonał wielu rzeczy, z których był dumny, o których długo się mówiło. Parę nosów rozbił, coś sobie przywłaszczył, coś zniszczył. Przy okazji kopał w piłkę, a po meczach chłopaków z przeciwnej drużyny. Dla sławy, dla zabawy. Taki panował wtedy klimat. Chciał osiągnąć coś wielkiego i dawał z siebie wszystko, by tak się stało.

Rok 2007
Jago plany pokrzyżował wyjazd na studia, do którego namówił go przyjaciel. „Co tu bedziesz robił? – pytał, „Chcesz tu spędzić reszte życia? Parę miesięcy później meldowali się w rzeszowskiej „Laurze”.
Podczas studiów coś w nim pękło, coś się uwolniło. Nie wiadomo do końca czy stał się cud, który odmnienił jego los, czy potrzebował po prostu zmienić otoczenie, znaleźć inne wzorce, pójść inną drogą. To pozostanie na zawsze tajemnicą. Po za kilkoma epizodami, którymi mógł jeszcze zniweczyć daną mu szansę, to właśnie wtedy zaczęła się jego historia. Rozpoczęła się na nowo.
Za cel obrał sobie samodzielność. Pierwsza praca na rzeszowskim rynku. Stawka: 4 zł na godzinę. Nie było źle, był zadowolony. Rzeszowka scena gastronomiczna wydawała mu się taka pasjonująca, pełna ciekawych ludzi. Z serwisu poszedł do kuchni. Chciał się czegoś nauczyć. Gotowanie zawsze go interesowało, przychodziło mu z łatwością. Po dwóch miesiącach wyszedł trzaskając drzwiami, ze łzami w oczach. Klimat w pracy okazał się nie do zniesienia. Pierwsza konkretna lekcja życia. Miesiąc bez pracy, brak kasy, pełzające zadłużenie. Wróżba z ręki, której nigdy nie zapomni. Los ponownie się do niego uśmiechnął. Bistro w rzeszowskim Leclerc jako Pizzaiolo. Fajna ekipa, lepsze pieniądze. Studia w tygodniu, a w weekendy praca. Po 6 miesiącach wypowiedzenie i wyjazd do Holandi na program wymiany studenckiej. Jako pierwsi na roku. Pionierzy. Dwóch kolegów urodzonych tego samego dnia, miesiąca i roku. Zbieg okoliczności? Nie sądze.


Po powrocie nadrabianie zaległości, pisanie pracy licencjackiej oraz praca na pełny etat w nowej starej firmie. Ile razy widział grupki znajomych kupujących piwo w Tesco w piątek wieczorem, podczas kiedy on musiał jeszcze kilka godzin spędzić przy piecu, by następnego dnia w sobotę zacząć znów o 8 rano. Kiedy się z kimś umawiał to tylko z kalendarzem w ręku. Nie było lekko. Nie chciał obciążać rodziców, chciał być samodzielny. Brak wolnego czasu i mnóstwo innych wyrzeczeń było ceną jaką musiał za to zapłacić. Przyszedł koniec roku, a z nim poważne problemy finansowe. Kredyt do spłaty, brak oszczędności. Termin „zaufanie” zniknął z jego słownika na zawsze. By się odbudować i spłacić zobowiązania pojechał za granicę na farmę truskawek. Na miejscu dostał prawdziwą i największą dotychczas lekcję pokory. Wytrwać tam to jedno, zarobić coś to drugie. Bardzo ciężka praca, momentami ekstremalnie ciężka wzmocniła jego charakter.  Pomimo trudności wrócił tam po roku. Motywacja i wola walki były silniejsze niż ból pleców, zimno, upał czy strumienie wody lejące się cały dzień na głowę. Wytrwałość pomimo przeciwności.

Na studiach magisterskich szukał nowego zajęcia. Przypadkiem trafił do profesjonalnej kuchni w nowo otwartym lokalu znanej polskiej sieciówki. Na szkoleniu wyszły jego braki w umiejętnościach. Był przecież samoukiem. W kilka miesięcy nadrobił zaległości, pokazał zaangażowanie, awansował na stanowisko sous chefa. Zastępca szefa kuchni, myślał sobie.  To jest coś! Kilka miesięcy później sprawy jednak jeszcze bardziej przyspieszyły. W momencie, kiedy koledzy z roku dopiero wchodzili na rynek pracy, on dostał propozycję otwarcia restauracji w nowej lokalizacji. Nie zastanawiał się długo. Spakował walizki i wyjechał do Katowic. Szef kuchni to dopiero coś! Życie „gorola” na śląsku nie jest jednak łatwe. Akcent i nieznajomość gwary zdradza od razu fakt, że jest się obcym. Chłopak napotkał tam na wiele przeciwności, nieprzyjemnych ludzi. Z drugiej strony nawiązał także wiele fantastycznych znajomości, przeżył wspaniałe chwile. Po roku rezygnuje ze stanowiska i schodzi parę stopni niżej. Na naukę nigdy nie jest za późno. Pensja niższa o połowę, 240 godzin na miesiąc, stale poparzone dłonie, 12 palników, pani menedżer stale na „fecie” oraz szef kuchni były wojskowy. Tak wyglądała następna praca jako kucharz liniowy w znanej na śląsku amerykańskiej restauracji. Kolejny etap to sous chef w 3 gwiazdkowym hotelu w Chorzowie. Praca niby marzenie. U boku szefa kuchni, który jest znany z tego, że „gotował na każdym kontynencie”.

To jednak nie wszystko czym żył nasz chłopak w tamtym okresie. Na śląsku przebiegł pierwszy półmaraton, trenował pod okiem Tomasza Brondera, pogrywał w Katowickiej „Sparcie”, wydał w ciągu godziny posiłki dla 1000 osób, pobił życiówkę na 10 km, biegł podczas 20 stopniowego mrozu, aż krew puściła mu się nosem. Dużo się działo. Czegoś jednak brakowało, on chciał czegoś więcej. Stwierdził, że w kraju rozwinał się na tyle na ile to było w jego sytuacji możliwe, a teraz przyszedł czas, by spróbować swoich sił na zachodzie.
-Are you cook?
-Yes I am
-When can you come?
-I need a week
Tak wyglądała rozmowa telefoniczna, którą odbył wiosną 2014 roku z jednym z niemieckich restauratorów, którego numer telefonu przeszedł długą i krętą drogę, by nastepnie trafić do jego rąk. Tydzień później widziano go na autostradzie pędzącego starym Golfem 3 w zachodnim kierunku.
„Ucz się języków” – mawiała kiedyś jego mama. Nauczył się angielskiego. Nie wiedział wtedy, że to za mało. W niemczech znów poszedł do szkoły. Zajęcia od 8 do 12. Od 16 do 1 w pracy, parę godzin na sen i znów do szkoły. Tak minęły dwa lata. Pełny etat to około 160 godzin miesięcznie. Chłopak, którego historię opowiadam pracował średnio 220 – 240 godzin w miesiącu. Zdarzało się, że nie miał wogóle wolnego i tych godzin było 300. Dał radę. Praca na farmie zahartowała go na tyle, iż żaden wysiłek nie był mu już straszny. Podczas pobytu za granicą dokuczała mu tęsknota. Za krajem, rodziną. Nawet ten szary śląsk jawił mu się w kolorowych barwach. Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma. Przeżył nie jedną chwilę zwątpienia. Wiele razy pakował rzeczy i chciał wyjechać. Nie zrobił tego gdyż miał przed oczami cel. Marzenie do którego dążył, a które z dnia na dzień było coraz bliżej…


Rok 2018
Jeśli kilkanaście lat temu spytalibyście, czy ktoś postawiłby na niego choć złotówkę, zostalibyście wyśmiani. Nie było osoby, po za bliską rodziną, która by w niego wierzyła, wróżyła mu dobrą przyszłość. Niezbadane jednak są wyroki boskie i jego plany względem nas. Często spotykamy na swej drodze ludzi, którzy totalnie odmieniają nasze spojrzenie na świat. Są dla nas wzorem, autorytetem, dają nam impuls, są wsparciem. Tytułowy chłopak przeszedł bardzo długą drogę, jeszcze dłuższą ma do przejścia. Jest dobrym przykładem na to, iż nie ważne ile błędów popełnisz, ważne ile z nich uda ci się naprawić, że nie ważne ile razy zgubisz drogę, ważne jest, czy w końcu znajdziesz właściwy kierunek, że nie ważne co myślą o nas obcy ludzie, liczy się to, że nasi bliscy oraz my sami wiemy kim tak naprawdę jesteśmy. Jest przykładem na to, iż marzenia się spełniają. Czasem poprostu trzeba być cierpliwym i mocno wierzyć w sukces. Jest dowodem na to, iż ciężką pracą i wytrwałością można całkowicie odmienić swój los. Chłopak dziś jak codzień znów pójdzie do restauracji, tym razem jednak nie jako szef kuchni, dziś pójdzie tam jako jej właściciel.

PS.   Wpis ten dedykuje mojej wspaniałej, niepowtarzalnej i mega cierpliwej żonie. Gosiu, bez Ciebie, Twojej pomocy oraz wparcia to wszystko pozostałoby do dziś dzień w sferze „nieosiągalne”.

Like this article?

Share on facebook
Share on Facebook
Share on twitter
Share on Twitter
Share on linkedin
Share on Linkdin
Share on pinterest
Share on Pinterest

Leave a comment