Ramadan Mubarak!

DSC01132
Garbarnia skór

Wróciłem i żyje;)
Takim to optymistycznym wstępem zacznę ten wpis. Troszkę zeszło, planowałem wcześnie coś napisać ale albo czasu nie było, albo weny, albo zdrowia. Ale to za chwile.
Maroko powitało nas świetną pogodą i… brakiem zapachu. Spodziewałem się czegoś specyficznego, czegoś co zapamiętam do końca życia zaraz po pierwszym zaciągnięciu. No nie niestety, zapachy jakie pozostaną mi w pamięci do końca życia nie są zapachami, które wleciały mi w nozdrza zaraz po wyjściu z samolotu. Zapachu na lotnisku po prostu nie było.
Po wypełnieniu  formalności złapaliśmy taksówkę do medyny (stare miasto). Choć termin taksówka to może przesada. Biały stary przynajmniej 20 letni mercedes, który nadaje się u nas nawet w Polsce maksymalnie do wożenia kurcząt z targu lub ziemniaków po wykopkach. Dalej to żebrzący murzyni na skrzyżowaniach i brak reguł na drogach. Trąb i pchaj się na chama, to jedyna zasada. Przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Po dotarciu do Medyny wzięliśmy pokój w małym hoteliku, który znajdował się zaraz w bramie – idealna lokalizacja. Polecał go mój przewodnik z Lonely Planet, określając go mianem „Pradziadek hosteli w Fezie, dla ludzi podobnie myślących” co oznacza mniej więcej to, że w miejscu tym zatrzymują się ludzie dla których nie wygoda, a klimat i cena ma znaczenie. Cena zresztą była bardzo niska, wygody mało, a klimat faktycznie przedni. Taras restauracyjny służył także za noclegownie, a widok z niego był, że tak powiem „hipnotyzujący”. Po odświeżeniu się poszliśmy na spacer, uważając by się nie zgubić. Medyna w Fezie jest bardzo poplątana, ale po jakimś czasie idzie mniej więcej się w niej odnaleźć. Na początku jednak byliśmy bardzo ostrożni. Wiedzieliśmy mniej więcej czego się spodziewać, przed podróżą czytałem wiele relacji ludzi, którzy byli w Maroko, w Fezie. Pomimo tego, że miałem już jako tako wyobrażenie marokańskiej, berbersko-arabskiej kultury to kolorystyka, rozmach, harmider jaki panuje na uliczkach medyny zatkał mi dech w piersiach.
Ciągnące się kolorowe stragany, handlujące ludzie w tradycyjnych strojach, zapach słodyczy ,przypraw oraz grillowanego mięsa przyprawiał mnie o zawrót głowy. Wszystkie zmysły pobudzone. Człowiek chce od razu wszystkiego popróbować. Inny świat, było trochę tak jakby cofnąć się w przeszłość. Takie było pierwsze wrażenie.
Drugi dzień to eksploracja krętych uliczek medyny. Przy pomocy jednego z lokalnych „nieoficjalnych” przewodników trafiliśmy do feskiej garbarni skór. Tradycyjnej, znanej na całym świecie ze znakomitych ręcznie robionych wyrobów. Następie wypad poza mury miasta na punkt widokowy. Za taksówkę posłużył nam stary trójkołowiec z przyczepką.
Trzeciego dnia z rana pojechaliśmy nad Ocean, jakieś 250 km na zachód do stolicy Maroka,
Rabatu. Podróż męcząca, miasto zatłoczone, głośne. Ocean jak Ocean, za to plaże brudne i zaśmiecone. Medyna także nie przypadła nam do gustu. Zawiedliśmy się. Było zresztą tak jak powiedział nam przed wyjazdem jeden z taksówkarzy. „Nie jedzcie do Rabatu, tam nic nie ma, będziecie żałować”. Nie uwierzyliśmy mu, bo tutaj i tak wszyscy kłamią chcąc przekręcić turystów na swoją stronę i sprzedać im swoje towary czy usługi. Miał jednak rację. Niemiłym doświadczeniem było także spotkanie kolejnego nachalnego przewodnika w twierdzy Kasba Al Udaja, gdzie przechadzaliśmy się wieczorem, ale o tym może później. Negatywów było za dużo, więc postanowiliśmy, że z rana opuszczamy Rabat.
Tak jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy. Tym razem pociągiem pojechaliśmy do Meknes, miasta znajdującego się pomiędzy Rabatem a Fezem. I tym razem był to dobry wybór. Ludzie nie tak nachalni, miasteczko ładne, spokojne, ceny niższe i to uczucie, że nie wszyscy napotkani ludzie chcą cię oszukać. Wieczorem poszliśmy do Ville Neuvelle czyli nowego miasta. W jednym klubie z muzyką na żywo spaliliśmy sziszę, gdzie byliśmy także świadkami małej awantury. Wróciliśmy do siebie robiąc po drodze małe zakupy.  Następnego dnia zaczynał się Ramadan.
Okres postu jest bardzo ważnym momentem w życiu muzułmanów, podczas którego nie jedzą i nie piją od wschodu do zachodu słońca. Z tego obowiązku zwolnieni są starcy, kobiety w ciąży i miesiączkujące, osoby chore, dzieci oraz podróżni. Na ten czas część biznesów zostaje zamknięta lub funkcjonuje dopiero od godzin popołudniowych. W sklepach po za częściami turystycznymi nie można dostać nawet wody. Ulice w ciągu dnia są opustoszałe, wypełniają się dopiero pod wieczór ludźmi robiącymi zakupy na „iftar” czyli uroczystą kolację kończącą post. O zachodzie słońca ulice znowu stają się puste. Słychać wystrzał armatni, który jest sygnałem do rozpoczęcia kolacji. Zaraz po tym ulice stają się znowu tłoczne, gwarne, ludzie szczęśliwi i przyjacielscy. Kawiarenki wypełniają się ludźmi, a na ulicach znów pojawiają się samochody czy skutery. Kraj odżywa. Taki jest cykl
Ramadanu. Nie tylko w Meknes, ale jak sądzę w każdym zakątku przynajmniej tego kraju.
Trzeciego dnia wróciliśmy do Fezu. Z powrotem do Cascade. Hotelowy kucharz Ruszdi bardzo się ucieszył na nasz widok, my na jego także. Jest to w ogóle przesympatyczny starszy Pan. Będzie nam się miło kojarzył. Do końca naszego pobytu w Fezie nie chodziliśmy już tak wiele. Większość czasu spędzaliśmy na tarasie obserwując ludzi, życie w medynie, ptaki latające nisko nad murami w oczekiwaniu na zachód słońca i kolacje. Rozmawialiśmy także z poznanymi tam podróżnikami o ich spostrzeżeniach i doświadczeniach w Maroko. Poznaliśmy młodego chłopaka ze Szkocji, który przyjechał tam na rowerze i zjeździł nim pół kraju, czy starszą kobietę z francji, która przyjechała na rozwód ze swoim mężem marokańczykiem, a po za tym większość czasu spędza na podróżach przez Indie. Bardzo interesującą postacią był Gary, anglik polskiego pochodzenia, który przeszedł na Islam dla soku z pomarańczy za 5 dirchamów i do tego się nawet nie obrzezał (zapomniał doczytać;p). Nudno nie było choć nie jeden pomyśli, że ileż to można spacerować po jakiś zadupiach bez celu i sensu i nawiązywać znajomości z ludźmi zwichrowanymi co najmniej jak wspomniany wyżej Gary. Ano można. I wcale się to nie nudzi.
Zbierając wszystko w jedną całość podzielę wszystko na to co mi się w Maroku podobało, oraz to co nie przypadło mi do gustu.
Negatywy zacznę od czystości. Brud, śmieci i wszędobylski zapach moczu. Nie zauważyłem nawet zbyt wielu koszów na śmieci na ulicach. Natarczywość sprzedawców w dzielnicach turystycznych oraz ich oszukańcze nastawienie. Po powrocie dopadło nas zatrucie. Gorączka, biegunka. Tego się chyba można było podziewać.
Pozytywów znacznie więcej. Jedzenie. Nie tylko smak, mnogość dań, przypraw, ale przede wszystkim jakość produktów. Nie czuje się tej sztuczności, tej dawki nawozów. Owoce, warzywa czy mięso są takie jak zapamiętałem jeszcze z czasów dzieciństwa na wsi, po prostu swojskie. Po za tym ceny. Jest tanio. Albo może być tanio jak się nie będziemy dawać naciągać i robić w konia (albo osła). Zapachy. Jak się wykluczy zapach moczu to znajdziemy mnóstwo innych. Aromaty przypraw, słodkości, egzotycznych owoców. To naprawdę coś wspaniałego. Widoki. Szczególnie ten na garbarnie skór w Fezie, czy na medynę z po za miasta, czy nawet takie jak transport towarów na grzbietach osłów czy stragan z oliwkami. Nie zapominam o złocie Maroka czym jest Olej Arganowy.
Po powrocie znajomi w pracy pytają mnie czy polecam Maroko. Odpowiadam: nie polecam. Ale nie polecam Maroko ludziom, którzy mnie do tej pory pytali. Ludziom, którzy „na urlopie” potrzebują gwiazdek w hotelach, „all inklusive” czy innych „all”. Im nie. Polecam ludziom, których motywacją lub celami podróży są rzeczy zgoła odmienne.
Mi po ośmiu dniach w Maroko pozostała refleksja o tym jak bardzo wygodnie żyje nam się w Europie (w Polsce też). Narzekamy nie mając pojęcia jak ludzie na świecie w tym samym czasie mają ciężko.  Małe szanse na poprawę, małe szanse na sukces. W zasadzie każdy dzień jest walką o przetrwanie. Dzieci handlujące chusteczkami higienicznymi, czy wszędobylscy sprzedawcy soków z pomarańczy. Tylko po to by mieć za co jeść. Nie po to by jechać na urlop, czy mieć na imprezę, czy nowe buty, czy telefon. Po to by jeść, po to by nie żebrać. Nie doceniamy tego co mamy. Narzekamy, że nam ciężko nie mając wyobrażenia co „ciężko” może znaczyć.
Maroko. Czy tam wrócę? Nie wiem. Czy zapomnę? Nigdy.
 
DSC01107
Miętowa herbata

DSC01123
Śniadanie

DSC01162
Medyna

DSC01187
Tajin

DSC01204
Słodkości

DSC01249
Toaleta

DSC01271
Wyroby gliniane w Meknes

DSC01318
Bab al-Mansur

DSC01353
Dachy medyny

DSC01381
Wyciskacz soków

DSC01383
Pan Tadek

DSC01384
Pan Józek z rodziną

DSC01385
Pan Policjant

 

Like this article?

Share on facebook
Share on Facebook
Share on twitter
Share on Twitter
Share on linkedin
Share on Linkdin
Share on pinterest
Share on Pinterest

Leave a comment