Wyprawa SMOLNIK

wyprrawa smolnik
Dawno dawno temu, za górami, za lasami…
Tak mogła by zaczynać się ta historia, gdyby nie wydarzyła się naprawdę i nie za, ale w górach i w lasach. Dokładniej mówiąc, w górach i lasach polskich Bieszczad.
Mając za sobą pierwszą zdaną sesje, czując majową siłę i moc, stwierdziliśmy, że stać nas na wszystko, że jesteśmy w stanie wspiąć się na Mount Everest, przepłynąć tratwą Ocean, a nawet wylądować na Marsie. Jako pierwszy cel padło na Mount… nie, nie Everest. Padło na Tarnicę. Ale nie bezpośredni atak na szczyt. Zdobycie Tarnicy miała poprzedzać trzydniowa wędrówka Głównym Szlakiem Granicznym, od Wsi Smolnik do granicy państwa, a następnie wzdłuż granicy, aż na sam szczyt.
Dystans: ok. 100 km.
Czas: 3 dni na dojazd, marsz, wspinaczkę i powrót.
Załoga: Ja, Kutraś, Tylus, Przemek „Filozof”
Do wsi Smolnik dojechaliśmy wczesnym rankiem, następnie już pieszo, żwawo ruszyliśmy przed siebie. Pogoda dopisywała, humory także. Nie obyło się jednak bez drobnych usterek. Już na starcie Przemkowi pękły szelki od plecaka. Nie zrażając się tym pieliśmy się coraz wyżej. Zlani potem, przy promieniach popołudniowego słońca stanęliśmy na granicy polsko – słowackiej. Potem było już tylko gorzej. Na dół, na górę, na dół na górę. Fizycznie było bardzo ciężko. Szlak bardzo szybko obnażył nasze słabości, braki doświadczenia oraz w sprzęcie. Popękane obuwie, zakrwawione stopy i permanentne zmęczenie to cena, jaką przyszło nam zapłacić za wspaniałe krajobrazy i kontakt z dziewiczą naturą. O zmroku, nie wiedząc nawet dokładnie gdzie się znajdujemy postanowiliśmy rozbić namiot. Ot, pośrodku lasu, parku narodowego, na granicy dwóch państw, nieoficjalnie, nielegalnie. Tak jak wspominałem, przecież czuliśmy się wszechmocni.
Niestety, nasz balonik pełny pewności siebie i buty pękł już pierwszego dnia. Zmęczeni poszliśmy spać. W nocnych majakach wydawało nam się nawet, że do namiotu wdarł się niedźwiedź i buszuje w naszych bagażach szukając żarcia. Będąc totalnie wyczerpanym planowaliśmy nawet jego ubicie z użyciem noża i obuwia.
Ranek nie przyniósł poprawy. Zmęczeni i obolali, ruszyliśmy dalej by pokrótce, w miejscowości Balnica, zejść ze szlaku. Tak zrobiliśmy, podążając torami kolejki wąskotorowej. Na szosie podzieliliśmy się na dwójki, by łapiąc stopa dotrzeć do celu naszej podróży – Ustrzyk Górnych.
W Ustrzykach umyliśmy się, zjedliśmy, popiliśmy i w końcu przespaliśmy się w ludzkich warunkach – w Szopie pełnej myszy, biegających nam w nocy po stopach. Następnego dnia z rana, autobusem relacji Ustrzyki Górne – Rzeszów, wróciliśmy do bazy.
Posumowanie.
Tarnicy nie zdobyliśmy. Pomimo chęci, pewności siebie i niespożytej energii. Góry i ich potęga mocno utemperowała naszą butę. Musieliśmy pochylić głowy, ugiąć kolana. Wróciliśmy pokonani, ale pełni doświadczeń i niezapomnianych wspomnień. Góry uczą dyscypliny, temperują niepokornych. Ich siła są jak srogi nauczyciel, który wymaga stuprocentowego zaangażowania, nie toleruje pomyłek. Jest to nauka przez wysiłek, cierpienie, ale nauka która nie idzie w zapomnienie. Lekcja jak ta, nasza na szlaku, prawdziwa lekcja życia, zostaje w nas na zawsze, zmieniając nas na lepsze…

Like this article?

Share on facebook
Share on Facebook
Share on twitter
Share on Twitter
Share on linkedin
Share on Linkdin
Share on pinterest
Share on Pinterest

Leave a comment